PROWADZIMY PRZEDSZKOLA, SZKOŁY I PLACÓWKI: CENTRUM REHABILITACJI EDUKACJI I OPIEKI, OŚRODKI ADOPCYJNE, PLACÓWKI PRAW DZIECKA I WSPARCIA RODZINY, DOMY WCZASÓW DZIECIĘCYCH, SZKOLNE SCHRONISKA MŁODZIEŻOWE, WARSZTATY TERAPII ZAJĘCIOWEJ, ŚRODOWISKOWE DOMY SAMOPOMOCY, OŚRODKI OPIEKUŃCZO WYCHOWAWCZE, ŚRODOWISKOWE OGNISKA WYCHOWAWCZE, ŚWIETLICE

CHRONIMY PRAWA DZIECI, POMAGAMY DZIECIOM OSIEROCONYM, UBOGIM ZAGROŻONYM MARGINALIZACJĄ I PATOLOGIĄ SPOŁECZNĄ, PRZEWLEKLE CHORYM I NIEPEŁNOSPRAWNYM

ORGANIZUJEMY WYPOCZYNEK LETNI I ZIMOWY, TURNUSY REHABILITACYJNE, PROFILAKTYCZNE

PROWADZIMY PRZEDSZKOLA, SZKOŁY I PLACÓWKI: CENTRUM REHABILITACJI EDUKACJI I OPIEKI, OŚRODKI ADOPCYJNE, PLACÓWKI PRAW DZIECKA I WSPARCIA RODZINY, DOMY WCZASÓW DZIECIĘCYCH, SZKOLNE SCHRONISKA MŁODZIEŻOWE, WARSZTATY TERAPII ZAJĘCIOWEJ, ŚRODOWISKOWE DOMY SAMOPOMOCY, OŚRODKI OPIEKUŃCZO WYCHOWAWCZE, ŚRODOWISKOWE OGNISKA WYCHOWAWCZE, ŚWIETLICE

PROWADZIMY RZECZNICTWO PRAW DZIECKA, SEJMIKI DZIECIĘCE I MŁODZIEŻOWE, PROGRAMY STREETWORKERSKIE, STAŁE PROGRAMY PROFILAKTYCZNE, ZAPOBIEGANIA PRZEMOCY

ORGANIZUJEMY SZKOLENIA, KONFERENCJE, SEMINARIA, HAPPENINGI, TURNIEJE RODZINNE, KONKURSY ARTYSTYCZNE, EKOLOGICZNE SPORTOWE.

 

 

 

Nr konta: Bank Pekao S.A. O/Warszawa 15 1240 6175 1111 0000 4569 8851

WAŻNE       CIEKAWE        AKTUALNE

 

 

 Wspomnienia i refleksje

O DOKTORZE ALEKSANDRZE LANDYM

 

      Znajomość a następnie przyjaźń mojej rodziny z rodziną Landów wywodzi się z czasów przed I wojną światową. Moja matka, Aldona Jastrzębska i jej starsza siostra Weronika poznały Landów jeszcze w Moskwie, przed ich powrotem do Polski – za pośrednictwem Tadeusza i Witoldy Rechniewskich, znanych działaczy robotniczych i niepodległościowych.

      Doktor Aleksander Landy, jego matka Feliksa oraz siostry – Helena (Lola) i Wanda stali się przyjaciółmi naszej rodziny. Według wskazówek Doktora i pod jego opieką wychowywało się nas siedmioro, a następnie - dwoje moich dzieci.

      Nasze rodziny pomagały sobie wzajemnie przez całe życie. Raz oni użyczali nam gościny, kiedy indziej my udzielaliśmy im schronienia, kiedy z przyczyn losowych zachodziła tego potrzeba.

       Na przykład kiedy w naszej licznej rodzinie wybuchła szkarlatyna – ja i mój bliźniaczy brat zostaliśmy zaproszeni na kilka tygodni do Landów, abyśmy mogli ( po odbyciu kwarantanny) kontynuować naukę w szkole.

       Z kolei matka i siostra Doktora mieszkały u nas na wsi w czasie okupacji. Korzystały też z naszej gościny siostrzenice Doktora.

       Wiele zawdzięczamy Doktorowi Olesiowi: leczył nas, udzielał rad w sprawach wychowania( najpierw naszej matce, następnie nam – w sprawie naszych dzieci). Kochaliśmy Go i był dla naszych rodziców i dla nas wielkim autorytetem.

      Nie będę pisała traktatu o poglądach Doktora Landego na sprawy wychowania, opieki nad dziećmi i ich leczenia ani proponowanym przez niego systemie organizacji tej sfery funkcjonowania społeczeństwa. Żyją jeszcze (coraz mniej liczni, niestety) jego współpracownicy, którzy mogą to zrobić lepiej i pełniej. Wiele na te tematy pisał sam Doktór, sporo istnieje publikacji z tego zakresu. Wiadomo jak organizował i prowadził placówki opieki nad dziećmi i wychowania (Poradnia dla dzieci, Kuchnia mleczna dla niemowląt, Przedszkole), jak starał się wywierać wpływ na całokształt społeczno – wychowawczej działalności Szkoły RTPD, a także wszystkich placówek – różnorodnych, wszechstronnych i często nowatorskich działających w środowisku żoliborskiej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i „Szklanych Domów”.

      Ja chcę tylko powiedzieć jakim pamiętam Doktora Landego, w jaki sposób rozmawiał o oddziaływaniu na nas – dzieci, a także jak starał się wywierać wpływ na nasze środowisko: rodzinę, przedszkole, życie w WSM–owskim osiedlu mieszkaniowym – lecz tylko w wymiarze znanym mi z własnych wspomnień, sięgających wczesnego dzieciństwa.

    Postaram się również powiedzieć co Mu zawdzięczam, jaki wywarł wpływ na moje postawy i na sposób w jaki pielęgnowałam i starałem się wychować moje dzieci.

      Muszę tu jednak wprowadzić pewne zastrzeżenie: nie potrafię oddzielić tego, co przekazała mi moja matka od siebie, a co pochodziło – pośrednio od Doktora. Poglądy i metody postępowania Doktora, zarówno w zakresie leczenia, jak profilaktyki i wychowania, znała nie tylko z rozmów i kontaktów towarzyskich z nim i jego rodziną oraz z porad, których udzielił jej przy okazji badania i leczenia siedmiorga jej dzieci. Mama pracowała również przez parę lat w prowadzonej przez Doktora Poradni dla dzieci, a także jako nauczycielka w Szkole RTPD na Żoliborzu, w którym wpływ doktora był bardzo znaczny.

      Zachowało się zaświadczenie, wystawione mojej matce przez Doktora Landego:

„Niniejszym zaświadczam, ze pani Aldona Lipszyc pracowała w Poradni Robot. Tow. Przyjaciół Dzieci od 1. IX. 1929 r. do 31. V. 1932 r. Praca jej polegała na następujących czynnościach: asystowała w czasie przyjęć lekarskich, naświetlała dzieci lampą kwarcową, pełniła rolę higienistki szkolnej oraz wykonywała drobne zabiegi jak zastrzyki, szczepienia, opatrunki.

      Pani Aldona Lipszyc była dla instytucji bardzo cennym pracownikiem. Praca jej była wykonywana z głębokim zainteresowaniem, zrozumieniem i starannością”.

        Miała więc matka okazję, asystując Doktorowi, dowiedzieć się dokładnie jakich rad udzielał rodzicom, jak z nimi rozmawiał, jak podchodził do małych pacjentów. A była dobrym obserwatorem i chłonęła wiedzę z wielką pilnością.

      Wiem, że wpływ Doktora na metody wychowawcze mamy, na jej podejście do dzieci własnych i cudzych był bardzo duży.

       Równocześnie jednak z jej wspomnień z czasów dzieciństwa i młodości (spędzonych w Tyflisie – jeszcze przed poznaniem rodziny Landów), a także ocalałej korespondencji z jej matką i rodzeństwem wynika, że wiele postaw i poglądów wyniosła z domu rodzinnego oraz z niezwykłej, jak na owe czasy, szkoły – gimnazjum koedukacyjnego Lewandowskich w Tyflisie (lata 1911 – 1912).

      Myślę, że można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że – zachowując wszelkie proporcje – oddziaływanie było wzajemne i że przyjaźń z Doktorem wyrosła na gruncie zbliżonych postaw: życzliwości dla ludzi, zainteresowania, miłości i szacunku dla dziecka, gotowości, a nawet wewnętrznej potrzeby pracy społecznej, poszukiwania najskuteczniejszych metod wychowania, zdrowego, umiejącego żyć w społeczeństwie człowieka.

      To ogólne nastawienie mamy zyskiwało we współdziałaniu z Doktorem bardziej konkretne formy i metody działania, pogłębiało się zrozumienie przez nią zasad i procesów psychicznych i fizjologicznych dziecka, jego reakcji, rozwoju, nierozerwalnego związku procesów psychicznych i fizjologicznych rozwijającego się małego człowieka. Często rozmawiali na te tematy.

      Myślę, że warto byłoby dotrzeć do żyjących jeszcze współpracowników Doktora (co już w znacznym – lecz nie pełnym stopniu zostało zrobione) i byłych pacjentów - wychowanków i prosić aby napisali wspomnienia i refleksje o swoich

kontaktach z Doktorem, lub nagrać wywiady z nim na ten temat. Wzbogaciłoby to wiedzę o tym niezwykłym człowieku i może przyczyniłoby się do popularyzacji jego idei, zasad i metod działania na rzecz fizycznego i psychicznego zdrowia dzieci. A jest to niestety sprawa ciągle nie rozwiązana, a nawet dziedzina w której – zwłaszcza jeśli chodzi o wychowanie – obserwuje się w praktyce przedszkoli i szkół wiele błędów i niedociągnięć, powodujących alarmujące straty i szkody indywidualne i społeczne. Wydaje się nawet, że - wbrew pozorom – zaznacza się w praktyce wychowania dzieci i opieki zdrowotnej nad nimi znaczny regres. Podkreślam: w praktyce, nie w teorii, która nie dociera często do tych, którzy mieliby ją stosować (rodzice, wychowawcy, służba zdrowia).

      Dziwnie aktualne są ciągle jeszcze głoszone przez Doktora z górą 70 lat temu postulaty i zalecenia, które w latach dwudziestych i trzydziestych na „pepesiackim” Żoliborzu były realizowane w codziennej praktyce. Wiele spraw o które walczył i metod, które skutecznie wprowadzał w życie na gruncie WSM – RTPD – Szklane Domy nadal wymaga troski i rozwiązania. Dorobek Doktora – tak teoretyczny, jak i praktyczny - ,został niestety w znacznej mierze zapomniany, zaprzepaszczony. Ale piętno jego myśli i działalności owocuje nadal w trzecim już pokoleniu potomków jego żoliborskich wychowanków.

      Dobrze byłoby, gdyby Towarzystwo Przyjaciół Dzieci – dla dobra wszystkich dzieci, ich rodziców i wychowawców podjęło szeroką i długofalową działalność między innymi w następującym charakterze i zakresie.

          1. Wystąpiło z inicjatywą opublikowania spuścizny piśmienniczej Doktora Aleksandra Landego, jego rozsianych po czasopismach artykułów, niepublikowanych opracowań (projektów, memoriałów) i pamiętnika. Gdyby nie było możliwe wydanie tych materiałów w formie „dzieł zebranych”, należałoby podjąć ich publikowanie np. w kolejnych numerach „Przyjaciela Dziecka” lub którymś z periodyków specjalistycznych, poświęconych sprawom wychowania i zdrowia dziecka.

          2. Powołało kilkuosobową grupę kompetentnych osób, które opracowałyby analizę funkcjonowania instytucji opiekuńczych i wychowawczych oraz opieki zdrowotnej ( przedszkola , żłobki, domy dziecka, przychodnie dla dzieci, szpitale dziecięce i oddziały pediatryczne, szkoły podstawowe). Wynikające z tej analizy praktyczne wnioski – postulaty należałoby przekazać następnie do użytku tych instytucji i ich władz.

          3. Wystąpiło z inicjatywą uwzględnienia w szerszym niż dotychczas zakresie problematyki wychowawczej, opiekuńczej i zdrowotnej w programach studiów akademickich i szkołach medycznych, pielęgniarskich, wychowawczyń przedszkoli, opiekunek żłobków, a także kursów doskonalących dla pracowników placówek opieki, wychowania i nauczania dzieci.

          4. Wystąpiło z inicjatywą rozszerzenia tej problematyki w programach radia i telewizji. Może TPD mogłoby podjąć we własnym zakresie starania w kierunku znalezienia autorów popularnych opracowań (artykułów dla prasy, słuchowisk radiowych, wywiadów i reportaży telewizyjnych).

          5. Starać się o uczestnictwo w tworzeniu programów i zasad pracy służby zdrowia i wychowania - nauczania, dążyć do większej ich .integracji.

      Oczywiście tak szeroki zakres prac i zainteresowań nie jest możliwy do podjęcia, a tym bardziej – zrealizowania od zaraz i w całości. Wydaje się jednak, że Towarzystwo Przyjaciół Dzieci jest jedną z instytucji, które powinny podjąć inicjatywę w tym zakresie i – na początek – przynajmniej ukazać społeczeństwu i władzom ogrom zaniedbań, luk, przeoczeń i błędów istniejących i popełnianych obecnie zarówno w dziedzinie wychowywania dzieci, jak opieki zdrowotnej nad nimi.

      Wydaje się na przykład, że dotychczasowy udział tej problematyki w programach nauczania w ostatnich klasach szkół podstawowych i w szkołach średnich, a także w prasie, radio i w telewizji jest rażąco nikły w stosunku do ich wagi.

 

Cele wychowania

 

     Według Doktora głównym celem obcowania dorosłych z dziećmi powinno być wychowanie ich na ludzi zdrowych, pogodnych, zaradnych, życzliwych, umiejących współżyć z innymi ludźmi, dostrzegających i szanujących dobro społeczne.

      Nie ograniczał się w swym działaniu do badania swych pacjentów, stawiania diagnozy i przepisywania leczenia.

      Przy każdej okazji kontaktu z małym pacjentem rozmawiał też z jego matką, ucząc nie tylko pielęgnować, ale obserwować i rozumieć dziecko. Dbać nie tylko o jego zdrowie, a zwłaszcza nie tylko o przybieranie na wadze niemowlęcia, ale i o rozwój psychiczny, o kontakt emocjonalny. Dlatego żądał przynoszenia dzieci zdrowych na okresowe badania, a nie tylko ograniczania się do wizyt w przypadku choroby dziecka. Było to niewątpliwie novum na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych.

      Największy nacisk kładł Doktór na zapobieganie chorobom. A robił to w sposób wszechstronny: przez racjonalne żywienie, hartowanie dziecka od momentu jego urodzenia, zapewnienie mu higienicznych warunków bytowania (wietrzenie pomieszczenia), spacery niezależnie od pogody, w lecie korzystanie ze słońca, a zimą - naświetlanie lampą kwarcową, podawanie tranu.

      Spacerami i werandami leczył Doktór skutecznie koklusz, odrę, stany kataralne. Kiedy zapytałam go, czy można wyprowadzić na spacer moją kilkumiesięczną córkę kiedy była „zagrypiona” (katar, stany podgorączkowe – a była to zimą), Doktór odpowiedział: - „Czy myślisz, że chore dziecko nie musi oddychać?” Woziłam więc małą na spacery, osłaniając ją tylko budką od deszczu, śniegu, czy wiatru. Wyzdrowiała szybko.

      Przy okazji kontaktów ze swymi pacjentami i ich rodzicami pilnie obserwował jak odnoszą się do siebie wzajemnie. Tłumaczył, że dziecko potrzebuje miłości i zainteresowania ze strony dorosłych, że trzeba je pochwalić, gdy uda mu się pokonać trudności, albo coś dobrze wykonać. Że więcej można osiągnąć zachętą niż karami i groźbami. Równocześnie jednak przestrzegał przed rozpieszczaniem dziecka, przed wyręczaniem go we wszystkim, przed rozwijaniem egoizmu i egocentryzmu. - „Nie odbierajcie dziecku satysfakcji, że potrafiło samo coś zrobić”. - „Niech zobaczy, że dawać jest też przyjemnie, a nie tylko brać!”

       Wszystkie te rady i uwagi wypowiadał jakby mimo chodem, z uśmiechem, przy okazji różnych sytuacji i zdarzeń.

      Dlatego nasze dzieci wcześnie uczyły się same jeść, same się ubierały, pomagały nakrywać do stołu i sprzątać (choć więcej było z tym kłopotu niż wyręki). Dlatego, kiedy dostawały „coś dobrego” najpierw częstowały wszystkich innych, by na końcu poczęstować się samym. W czasie zabaw z rówieśnikami użyczały im chętnie swoich zabawek. Opiekowały się młodszymi.

      Ogromny nacisk kładł Doktor na rozwijanie postaw społecznych dziecka, na uczenie go współżycia z innymi. Uważał, że wychowanie jedynaka na pełnowartościowego członka społeczeństwa jest bardzo trudne, że jedynakom często bywa źle w dorosłym życiu, a to wskutek nieprzystosowania do życia w społeczeństwie, wygórowanych żądań i oczekiwań, których otoczenie i „los” nie zechcą spełnić.

      Dlatego radził, aby – jeśli to jest możliwe „zapewnić dziecku rodzeństwo” - uważał to za obowiązek rodziców wobec pierworodnego. Jeśli posiadanie większej liczby dzieci nie było możliwe – nalegał, aby rodzice jedynaka dbali, aby miało stałe towarzystwo rówieśników. Twierdził, że znał tylko jeden przypadek, kiedy uznał, że (jedyne dziecko naszych przyjaciół) nie powinno być posyłane do przedszkola – tak było słabe, mało odporne fizycznie i psychicznie. Uważał to jednak za sytuację bardzo niekorzystną i wyjątkową.

      Pan Aleksander uczył jak zapobiegać egoizmowi dzieci. Osobiście i za pośrednictwem będących pod jego wpływem i kierunkiem wychowawców przedszkola i szkoły RTPD umiejętnie organizował opiekę dzieci starszych i silniejszych (pod względem fizycznym i psychicznym) – nad młodszymi i słabszymi.

      I tak na przykład z przejęciem i zapałem opiekowały się dzieci swoją koleżanką wyjątkowo drobną, kolegą nie radzącym sobie z nauką, a nawet starszym od siebie dryblasem upośledzonym umysłowo, z zaburzeniami koordynacji ruchowej.

      Bardzo popierał też danie dzieciom pod opiekę jakiegoś zwierzęcia. Nie bez wpływu Doktora zorganizowano na Żoliborzu ogród szkolny, tak zwane „zagonki”, gdzie dzieci wspólnie uprawiały warzywa i kwiaty oraz opiekowały się zagubionymi zwierzyńcem (psy, gołębie, króliki, morskie świnki i inne).

      Była to najlepsza szkoła współdziałania, systematyczności, poczucia odpowiedzialności i postaw opiekuńczych, nie mówiąc już o walorach poznawczych (przyroda, ogrodnictwo, hodowla zwierząt).

      Chyba z inspiracji Doktora przedszkolaki – od najmłodszych – uczyły się, że nie wolno bić słabszych, odbierać zabawek, skarżyć. Uczyły się też poszanowania wspólnego dobra i ładu. Na przykład zawsze musiały pozostawić w porządku zabawki – po skończeniu zabawy, posprzątać i uporządkować przybory po ukończeniu malowania, lepienia z gliny i innych zajęć.

      Nie umiem zrelacjonować dokładnie na czym formalnie i faktycznie polegała rola Doktora przy zakładaniu przedszkola i jakimi metodami wywierał wpływ na pracę i „klimat” tej placówki. Na pewno czuwał nad żywieniem dzieci (ustalaniem jadłospisów) i ich zdrowiem (okresowe badania, szczepienia, podawanie tranu, naświetlanie lampą kwarcową, spacery, werandowanie). Ale z rozmów z wychowawczyniami (zwłaszcza z Hanką Rembowską, z którą moja rodzina była w przyjaźni), a także z relacji mojej matki wynikało, że pan Aleksander wywierał przemożny wpływ na tryb życia przedszkola, jego metody wychowawcze, plan zajęć, pomagał w przypadku trudności wychowawczych z jakimś dzieckiem, doradzał, wyjaśniał, uczył wychowawczynie.

     Wiele razy słyszałam:

        • Pan Doktor uważa, że

        • Doktor powiedział

        • Pan Aleksander radzi żeby

      Rady Doktora były przyjmowane jako ostateczne i obowiązujące rozstrzygnięcie problemu.

     Wiem także, że Doktor prowadził boje o miejsce dzieci w osiedlu WSM, w Szkole RTPD i w Przedszkolu – na gruncie Zarządu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i rozlicznych placówek i instytucji, działających na terenie żoliborskiej WSM. Wszędzie tam również liczono się z jego zdaniem i starano się spełniać jego postulaty.

 

Higiena psychiczna

 

      Doktor Landy przywiązywał wielką wagę do chronienia małych dzieci przed stressami, przed nadmiarem wrażeń, czy przeciążeniem psychicznym. Dlatego starałam się przeplatać okresy intensywnego ruchu moich dzieci, czy zabaw angażujących je emocjonalnie, bądź intelektualnie – okresami spokojnego wypoczynku ( niekoniecznie bezczynnego).

      Nigdy nie opowiadałem dzieciom „strasznych” bajek – obowiązywała umowa, że wszystko skończy się dobrze. Dlatego na przykład nasz Czerwony Kapturek zapraszał wilka do babci, gdzie nasz gajowy, który nadszedł tam również byli częstowani przez babcię przyniesionymi przez wnuczkę smakołykami. Wilk nikogo nie pożerał, gajowy nie zabijał wilka. W naszych bajkach akcja rozwijała się powoli. Często wspólnie z dziećmi ustalaliśmy jak ma się potoczyć dalej los bohaterów. A były to zwykle opowieści o napotkanym na spacerze psie, czy ptaku, o ich przeżyciach, obyczajach. Zawsze zresztą mieliśmy pod opieką jakiegoś bezpańskiego kota na działkach, który ku uciesze dzieci przybiegał na wołanie.

      Spacery z dziećmi, to były dla mnie najpiękniejsze, najciekawsze godziny dnia. Razem poznawaliśmy świat, który dzięki pytaniom, obserwacjom i „filozoficznym uogólnieniom” dzieci odzyskiwał dla mnie barwę i świeżość.

      Często bawiliśmy się „w rodzinę”, „w sklep”, „w podróż”, albo budowaliśmy z klocków lub (w lecie) z piasku domy, zamki i miasta, w których rozgrywały się całe długie historie; aktorami były ludziki i zwierzęta, zrobione przez nas wspólnie z żołędzi, kasztanów i kartonu.

      Za radą pana Aleksandra długo nie kupowaliśmy telewizora. Dopiero kiedy okazało się, że dzieci (w wieku 4 i 6 lat) zaczęły „znikać” u sąsiadów, żeby oglądać telewizję, uznaliśmy, że trzeba aby telewizor wkroczył do naszego domu, aby mieć kontrolę nad tym co i ile czasu dzieci oglądają. Nigdy nasze dzieci – nie przesiadywały godzinami przed ekranem i nigdy nie oglądały programów nie dla nich przeznaczonych.

       Dzięki temu, że mieszkaliśmy na osiedlu WSM na Żoliborzu, gdzie zielone i obszerne dzielnice stwarzają dobre warunki do zabaw – od trzeciego roku życia moje dzieci spędzały sporo czasu bawiąc się z rówieśnikami bez mojej bezpośredniej ingerencji. W ten sposób uczyły się współżycia z innymi dziećmi, na co Doktor Landy kładł zawsze duży nacisk. Zawsze, idąc do piaskownicy zabierały zapasowe łopatki i wiaderka – dla dzieci, które nie będą ich miały. Podczas niepogody przychodzili do nas do domu mali koledzy i koleżanki.

      Zgodnie z zaleceniami Doktora starałam się, aby życie dzieci było możliwie normalne: stałe były pory posiłków, spacerów, zabaw i pracy, snu i wypoczynku. Taki tryb życia zakłóciła dopiero zmienność godzin nauki w szkole i widziałam, że bardzo to męczy dzieci. Zwłaszcza, gdy (od V klasy szkoły podstawowej) zostały pozbawione własnej izby klasowej i były zmuszone na każdą lekcję wędrować do innej pracowni, dźwigając cały swój dobytek i przepychając się z kolegami z innych klas koczowniczych. Tornistry ich ważyły (sprawdzałam) 3 – 7 kg. A z wyposażenia pracowni nauczyciele i tak na lekcjach nie korzystali, przedkładając nad poglądowość – mniej kłopotliwą metodę nauczania „paznokciową” (tak pogardliwie określali uczniowie polecenie: przeczytajcie sobie z podręcznika stąd – dotąd). Ale to już było w szkole, która nie znała Dr. Aleksandra Landego i RTPD.

      Nigdy nie straszyłam dzieci karami, ani różnymi złowrogimi „dziadami z workiem” i „Babami Jagami”. Wystarczała perswazja, wyjaśnianie przyczyn i sensu nakazów i zakazów, a zrozumienie wyrządzonej szkody w wystarczającym stopniu zapobiegało powtórzenia szkodliwego działania.

      Parę razy jednak zdarzyło mi się, że wytrącona z równowagi nie powstrzymałam się od zrobienia awantury z krzykiem. Było mi później wstyd i przykro, że nie umiałam zapanować nad sobą, a dzieci – widziałam - były tym zaskoczone i poczuły się winne, że doprowadziły mnie do wybuchu.

       Na pewno wzajemnym zaufaniem i wyrozumiałością można osiągnąć więcej, niż represjami. A już stałe szarpanie dzieci, groźby, krzyki i bicie mogą jedynie podkopać równowagę psychiczną dziecka, a także osłabić jego więź z rodzicami. Mogą też wywołać poczucie krzywdy, odtrącenia, a niekiedy chęć odwetu.

      Dziecku koniecznie potrzebne jest zaufanie do opiekunów, poczucie, że jest kochane, bezpieczne. W przeciwnym razie zamiast miłości i współdziałania, radości z osiągnięć, dążenia do pokonywania trudności i niepowodzeń, może powstać u dziecka bierność, postawa obłudy, uciekanie się do kłamstwa dla uniknięcia kar i upokorzeń, chęć „przechytrzenia” dorosłych, przekora, albo brak wiary we własne siły.

      W rozmowie z panem Aleksandrem – nawet jako dzieci – mieliśmy poczucie, że nas traktuje serio, że naprawdę interesuje się tym co robimy, co czujemy, jak myślimy. Nigdy nie strofował, nie gniewał się, nie upokarzał, nie podkreślał swojej wyższości. Ten bardzo przecież zajęty człowiek nie okazywał zniecierpliwienia i nie śpieszył się – gotów był poświęcić swój czas na rozmowę z nami, podobnie jak z innymi dziećmi i ich rodzicami.

      Często słyszało się od niego pytanie: „A ty jak myślisz?” I wysłuchiwał nas. Umiejętnie naprowadzał na rozwiązanie problemu. Pokonanie trudności. Bez mentorstwa, zniecierpliwienia, bez ironii. Mówił powoli, z uśmiechem. A kiedy nam się coś udało – cieszył się razem z nami.

      Ale nie starał się ułatwiać nam życia, nie pozwalał innym dorosłym na usuwanie z naszej drogi przeszkód, na wyręczanie, nadmierną opiekuńczość i czułostkowość.

     „Przewrócił się - niech sam wstanie.”

     „Na pewno potrafisz. Spróbuj jeszcze raz.”

     „Nie płacz, nic się nie stało! A może ci pomóc?”

      W ten sposób radził uczyć samodzielności, wiary we własne siły, odporności na przeciwności, pokonywania przeszkód, a także znoszenia niepowodzeń. - „Przecież nie musisz wszędzie być najlepszy! W życiu spotyka się i mądrzejszych i silniejszych i ładniejszych. Trzeba umieć cieszyć się cudzymi radościami.”

 

Żywienie dzieci

 

     Doktor Landy przywiązywał dużą wagę do żywienia dzieci - tak niemowląt, jak i starszych. Żądał, aby przez pierwsze miesiące życia dziecko było karmione przez matkę piersią. Później dbał, aby codzienne racje żywności zawierały wszystkie niezbędne składniki pokarmowe – w odpowiednich wzajemnych proporcjach. Między innymi kładł nacisk na uwzględnianie w żywieniu warzyw i owoców. W zamian wszystkie dzieci otrzymywały tran – przestrzegał natomiast przed szafowaniem witaminami w postaci środków farmakologicznych.

      Obecnie żywienie małych dzieci pokarmami z dużym udziałem warzyw (również tartych – surowych) i owoców jest zasadą oczywistą, ale trzeba pamiętać, że początek działalności Doktora przypada na pierwsze lata naszego wieku, że osiemdziesiąt, czy choćby pięćdziesiąt lat temu sprawy te nie były tak oczywiste, zwłaszcza w środowisku robotniczym, w którym Doktor pracował, a zwłaszcza w chłopskim. Małe dzieci – do około 2 lat, karmiono wówczas prawie wyłącznie mlekiem i papkami mlecznymi – rozmoczoną w mleku bułką, kaszą na mleku (zazwyczaj mocno osłodzoną), mlekiem ugotowanym z mąką pszenną, Natomiast ludzie dorośli (i ich starsze dzieci) - jeżeli tylko sytuacja materialna na to pozwalała, spożywali obok pokarmów węglowodanowych (pieczywo, ziemniaki, kasze, kluski) – duże ilości tłuszczu (słonina, boczek). Warzyw jadano mało (wyłącznie gotowane, zwłaszcza kapustę), owoców niewiele i tylko w lecie. Tak zwane „surowizny” uchodziły za niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dzieci i miały zagrażać śmiertelnymi biegunkami.

      Dbając o racjonalne żywienie Doktor przestrzegał przed przekarmianiem dzieci; stwierdzając nawet niewielką nadwagę u swoich pacjentów, zalecał dietę odchudzającą. Walczył też z karmieniem „na siłę”, tłumacząc, że brak apetytu może być albo wynikiem choroby, albo błędów dietetycznych, albo wreszcie wychowawczych. W tym ostatnim przypadku wyjaśniał, że wmuszanie jedzenia za pomocą przekupstwa, szantażu („bo mamusia zachoruje ze zmartwienia”), straszenia, gróźb i bicia (co obserwuje się nierzadko do dziś), może jedynie zaszkodzić, prowadząc do nerwic (torsje, trudności w przełykaniu, bóle brzucha, utrata łaknienia). Zamiast namawiania do jedzenia, czy tym bardziej zmuszania – radził ograniczenie liczby posiłków (do 3 – 4) i ilości podawanych pokarmów, zwłaszcza wysoko kalorycznych (węglowodany, tłuszcze). Proponował na przykład, aby dzieciom o słabszym apetycie podawać na obiad przez kilka dni jedynie zsiadłe mleko z niekraszonymi ziemniakami, a na „deser” - jabłko, albo surową marchewkę do gryzienia. Nie pozwalał nigdy dawać dzieciom słodyczy między posiłkami i kładł nacisk na regularność karmienia(stałe pory posiłków).

      Podkreślał szkodliwość otyłości małych dzieci, co w późniejszym wieku ujemnie wpłynie na ich zdrowie, nie mówiąc o wyszydzaniu „grubasa” przez inne dzieci.

      Jako kierownik Poradni Doktor osobiście nadzorował i ustalał menu dla dzieci w przedszkolu i szkole RTPD na Żoliborzu, a także czuwał nad pracą Kuchni Mlecznej dla niemowląt.

      Kiedyś Pan Aleksander, będąc u nas z wizyta opowiedział wyraźnie wzruszony, a zarazem jakby rozbawiony, że w czasie badania przedszkolaków stwierdził, że jedno z dzieci – Sławek jest wyraźnie wychudzony – jakby niedożywiony. Skontaktował się z jego rodzicami i stwierdził, że są to ludzie dobrze sytuowani, kulturalni i bardzo przejęci zdrowiem jedynaka. Zaczął się więc dokładnie wypytywać jak dziecko jest żywione. W odpowiedzi matka z rozpaczą wykrzyknęła: „Ja wiem, że Sławek jest wątły i chudy, ale co zrobić, kiedy już więcej nie jestem w stanie w niego wepchnąć. Przecież on codziennie na samo śniadanie dostaje 3 jajka na miękko, albo jajecznicę z trzech jaj, zjada bułkę grubo posmarowaną masłem, wypija kubek kakao...” - „Rozumiecie? Pięcioletnie dziecko musiało codziennie zjadać trzy jajka, 21 jajek tygodniowo! A te ciasteczka, czekolada między posiłkami...”

      Doktor zredukował żywienie dziecka do połowy. Kazał prawie zupełnie wycofać z diety jajka, wypisał szczegółowy plan żywienia nieszczęsnej ofiary troskliwości rodziców. Po niedługim czasie Sławek zaczął się poprawiać.

 

Hartowanie dzieci

 

     Ojciec Aleksandra Landego, Stanisław był zesłany przez władze carskie za działalność rewolucyjną i niepodległościową pod Irkuck. Tam, w mroźnej Wschodniej Syberii przyszedł na świat pierworodny syn Stanisława i Feliksy z Lewandowskich – Oleś.

      Pani Felksa opowiadała nam, że poród przyjmowała stara Jakutka. Lekarza nie było. Dziecko urodziło się słabe. Nim zmaltretowana ciężkim porodem matka zdążyła zaprotestować – noworodek został natarty śniegiem – zamiast kąpieli i zawinięty w ciepłe szmaty. Tak Jakutki traktowały wszystkie nowo narodzone dzieci – nie wiadomo, czy dla zahartowania ich czy był to zabieg magiczny, czy też sposób pozbywania się dzieci słabych, nie zdolnych do życia w arktycznych syberyjskich warunkach.

      Oleś wytrzymał tą „kąpiel”, ale był ciągle chudziutki i kiedy matka niepokoiła się o synka i płakała, sąsiadka, stara Jakutka pocieszała ją: „Nikoławna nie garjuj – byliby kosteczki, a miasom obrastut.” Nie myliła się: Oleś wyrósł na zdrowego, silnego, wysportowanego człowieka.

      Moi rodzice żartowali, że Pan Aleksander pod wpływem własnych przeżyć – zachęcony własnym doświadczeniem uznał, że hartowanie dzieci od urodzenia oraz utrzymanie ich w szczupłości jest podstawowym warunkiem zdrowia i odporności.

      I rzeczywiście tępił wszelkie puchowe beciki i pierzyny, żądał aby dzieci nie były przegrzane, kazał je ubierać lekko, kąpać od urodzenia w letniej a nieco później w coraz chłodniejszej wodzie, pozwalać im jak najwięcej chodzić boso (nie tylko w upały).

      W RTPD na Żoliborzu starsze przedszkolaki i dzieci szkolne, będące pod opieką lekarską Doktora – na jego polecenie po gimnastyce wybiegały na bosaka i w kostiumach gimnastycznych na dziedziniec I kolonii WSM, gdzie przebiegały około 200m – niezależnie od pory roku i pogody. Byliśmy bardzo dumni, że przechodnie w paltach i futrach patrzą ze zgrozą, jak biegamy po śniegu boso. Rozgrzani takim biegiem szliśmy wszyscy pod natryski i dopiero potem wracaliśmy do klasy.

      Doktor Landy bardzo tępił wiarę w „przeziębienia”, tłumaczył, że wszelkie grypy i katary są powodowane infekcją i łatwiej zapadają na nie dzieci przegrzane niż ubrane lekko i hartowane.

      Mówił z ironią: „Uważaj, bo się zarazisz przeziębieniem!”

      Uczył, że niemowlęta, nie mówiąc już o dzieciach starszych, muszą być codziennie na spacerze – również zimą. Wierna naukom Pana Aleksandra „mroziłam” swoje dzieci. Dbałam, by przebywały na słońcu, na powietrzu już od drugiego tygodnia życia, a mając kilka lat biegały, też w ogródku, boso po śniegu.

      Po myciu, czy po kąpieli dzieci chętnie polewały się zimną wodą. Na wsi myły się na dworze studzienną wodą – również gdy temperatura powietrza oscyluje koło 0 stopni C, a gdy była okazja – pływały w jeziorach również w chłodne dni.

      Bardzo przydają się nam te obyczaje w czasie coraz częstszych obecnie na naszym osiedlu awarii sieci ciepłowniczej, kiedy kaloryfery nie grzeją, a z kranów nie leci ciepła woda.

      Raz, pod moimi psami, załamał się lód na Kępie Potockiej. Gdy bezskutecznie próbowały się wydostać z przerębla na lód, tak jak stałam, weszłam po pas w wodę i jak lodołamacz dotarłam na środek zbiornika wody i wyciągnęłam psy na brzeg (same nie miały szans się uratować). Do domu wracaliśmy na mrozie parę kilometrów. Ani mnie, ani zwierzętom nie zaszkodziła ta kąpiel.

      W noworocznej szopce WSM, gdzieś na początku lat trzydziestych, kukiełka przedstawiająca Doktora Landego pojawiła się na scenie w białym fartuchu, z nagim różowym niemowlęciem pod pachą i wołała: „Mrozić, mrozić!”

 

Ona jest za smutna

 

     W Przedszkolu Doktor „zarządził”, że wychowawczynie mają nosić w pracy fartuchy z niebieskiego płócienka. „Łatwo to się pierze i nie przypomina przychodni lekarskiej – mówił – Dzieci boją się białych fartuchów, bo kojarzą im się z zabiegami: zastrzykami, borowaniem w zębach. W przedszkolu mają się bawić, śpiewać, chodzić na spacery... Trzeba żeby przychodziły tu z radością, żeby lubiły wychowawczynie.”

      Jedną z wychowawczyń – kobietą zmęczoną życiem (porzuconą przez męża i samotnie wychowującą dwoje dzieci), a przy tym zawsze jakby onieśmieloną, ku jej zaskoczeniu, przesunął na stanowisko kierowniczki Kuchni Mlecznej. Pytany przez jej koleżanki o przyczynę odpowiedział krótko (oczywiście nie w jej obecności) ona jest za smutna żeby wychowywać dzieci .Cenił jej sumienność, poczucie odpowiedzialności, oddanie dzieciom, ale uważał, że nie może mieć stałego kontaktu z dziećmi osoba, która – przygnębiona własnymi przeżyciami – nie może już cieszyć się, uśmiechać.

      W Poradni były zawsze zabawki. Dzieci przyjmowane były przez Pana Doktora i jego pomocnice z uśmiechem. Rozmawiało się z małymi pacjentami. Nie wykonywało się nigdy zabiegów przemocą, ani podstępem. „Teraz cię troszkę zaboli, ale jesteś zuch, na pewno wytrzymasz!” I dzielni pacjenci wychodząc z gabinetu oznajmiali oczekującym w poczekalni: „Zrobili mi zastrzyk dużą igłą – wcale nie płakałem!”

      Podobnie było w gabinecie dentystycznym dr Idy Jurzydyckiej, gdzie za „dzielne” zniesienie niemiłego borowania zęba dostawało się w nagrodę piękne fiolki lub pudełeczka po lekarstwach. Przedszkolaki dumnie rozdziawiały buzie, żeby pokazać nową plombę i chwaliły się wysokimi odznaczeniami za odwagę – owymi pudełeczkami z przegródkami.

      Jakiż kontrast stanowiły te gabinety z tym, z którym 30 lat później miały do czynienia moje dzieci: laborantka, czerwona z wysiłku, trzymała za głowę wrzeszczące i wyrywające się dziecko, a dentystka z krzykiem i wściekłością borowała ząb. Po takich zabiegach, wykonywanych na mojej niespełna trzyletniej wówczas córce, zachowała ona na całe życie uraz i z wielkim trudem zdobywa się na wizytę u stomatologa – z wielką szkodą dla swego uzębienia.

      Jak już wspominałam, podawano dzieciom RTPD–owskim zimą tran. Sama widziałam, jak przedszkolaki ustawiały się gęsiego „do tranu” i jak jeden upominał się, że kolega dostał „czubatą” łyżkę, a on tylko płaską. Żadnych sprzeciwów i targów, czy zatykania nosa przed „obrzydliwym tranowym zapachem.”

      Wszystko to było wynikiem landowskiej metody zachęty i perswazji wszechobejmującego klimatu pogody i zaufania jakim otoczono dzieci.

 

Starszy brat

 

     Oleś – kochany i podziwiany przez swoją siostrę Wandę Landy, był dla niej najwyższym autorytetem, mimo całego przywiązania i szacunku jaki żywili oboje do swej matki, pani Feliksy, kobiety mądrej, dzielnej i niezwykle prawej.

      W swych sprawach życiowych Wandzia zawsze odwoływała się do opinii i rady brata i postępowała wedle jego wskazówek i sugestii. Wiem, że te rady nigdy nie były kategorycznymi żądaniami, ani arbitralnie narzuconymi sądami. Nie mniej dla Wandy były orzeczeniem wyroczni: „Oleś tak uważa.”

      Stosunek Wandy do Aleksandra przypominał raczej stosunek córki do mądrego, kochanego i podziwianego ojca – niż młodszej siostry do brata.

      Doktor Landy był troskliwy i opiekuńczy, nieraz też wspomagał finansowo niepraktyczną i życiowo niezaradną siostrę. Kiedy byli od siebie daleko pisywał listy, na które Wanda bardzo czekała.

      Nieraz słyszałam, jak dzieląc się swymi rozterkami, albo rozważając ważne problemy życiowe, światopoglądowe, czy etyczne (które zwłaszcza trudne czasy wojny i okupacji niemieckiej często nasuwały), mówiła: „Ciekawe, co na to powiedziałby Oleś?” Albo – udając ton żartobliwy: - „A co by uważali mądrzejsi od nas, na przykład Doktor Landy?”

       Podobnie zresztą współpracowniczki Doktora przyjmowały wszelkie rady, polecenia, zasady – z bezgranicznym zaufaniem. I do tej pory są dumne, że było im dane poznać go i współpracować, że są z jego szkoły.

      Nie wiem w jakim stopniu Doktor zdawał sobie sprawę z tego kultu „landystek”. Myślę, że przejęty swoją pracą zawodową i społeczną, zaabsorbowany przemyśleniami, a w razie potrzeby bojami toczonymi na gruncie różnych władz i instytucji o sprawę dziecka – ten skromny, pozbawiony egocentryzmu człowiek nie dostrzegał jakim jest autorytetem dla swoich współpracowników.

      A był bardzo zapracowany, bo oprócz licznych prac i funkcji, udzielał porad – medycznych i wychowawczych każdemu, kto o to prosi. A czynił to zawsze bezinteresownie.

      Kiedyś za wstawiennictwem mojej natki – zgodził się przyjąć moją ciotkę z dwojgiem dzieci (spoza żoliborskiego środowiska). Zbadał dzieci, przeprowadził długą rozmowę, coś tam pewnie przepisał, coś doradził. I jak zawsze odmówił przyjęcia honorarium. Kiedy mama próbowała namówić Pana Aleksandra do przyjęcia zapłaty za wizytę i powiedziała, że inaczej ciotka nie będzie mogła w przyszłości prosić go o poradę, odparł: - „To może i lepiej, bo widzę, że nadal będzie się trzęsła nad dziećmi i nie odważy się zastosować do moich rad.”

      I to był chyba jedyny przypadek, kiedy Doktor odmówił przyjęcia dzieci za swoich stałych pacjentów.

      Nie potrafię ocenić które elementy, jakie cechy systemu wychowawczego Przedszkola, Szkoły, Świetlicy żoliborskiego RTPD były dziełem Doktora Aleksandra Landego, a które uformowali inni pracownicy i działacze społeczni. Był to bowiem liczny zespół ludzi dążących do wspólnych celów, ożywionych wspólnymi ideami. Ludzie ci współpracowali ze sobą, dzielili się swymi poglądami, projektami, a także troskami, obserwacjami i sukcesami, dyskutowali, pomagali sobie wzajemnie.

      Zazwyczaj działali jednomyślnie i zgodnie. Czasem - w ostrych starciach walczyli o swoje wizje celów działania i metod ich realizacji. Zawsze jednak pełni zapału, bezinteresownie poświęcający swój czas i wysiłek.

      Dziełem ich – wspólnym dziełem – było stworzenie żoliborskiego środowiska wychowawczego, obejmującego swym zasięgiem i wpływem praktycznie wszystkich mieszkańców osiedla WSM na Żoliborzu – dorosłych i dzieci. Korzystali z niego również (ale nieliczni) inni mieszkańcy Żoliborza.

      Tworzyła je cała rzesza ludzi, rekrutujących się spośród mieszkańców, pracowników i działaczy WSM, RTPD, Szklanych Domów.

      Trudno wymienić wszystkie placówki przez nich stworzone, wszystkie dziedziny działalności prowadzonej przez nich. - Od Banku spółdzielczego, Pralni Spółdzielczej, poprzez przedszkole, szkołę, poradnię dla dzieci, Teatr Kukiełkowy „Baj” i Amatorski teatr dla dorosłych (prowadzony przez Zofię Małynicz), Świetlicę z jej niezliczonymi zespołami (chór, rytmika, pracownia plastyczna, pracownia robót ręcznych, orkiestra perkusyjna), Klub sportowy, Zagonki, a w zimie lodowiska i tor saneczkowy.

      A oprócz stałych, zorganizowanych zespołów – jednorazowe, spontanicznie przeprowadzane imprezy: bale sylwestrowe, wycieczki (piesze, rowerowe, narciarskie). A jeszcze nauka muzyki (gry na fortepianie, prowadzona przez Wandę Landy, Emmę Altberg, Marię Sołtanową i Rozalię Demlową).

      Doktor Landy brał osobiście udział w wielu tych pracach na rzecz dzieci, często to on je inicjował i nadawał im kierunek, często miał głos decydujący w sprawie form ich działania – czasem ograniczał się do współdziałania, jako jeden z wielu.

      Niewątpliwie jednak należał do najwybitniejszych twórców i działaczy międzywojennego środowiska WSM, najstarszy wiekiem i doświadczeniem, górujący nad innymi wiedzą, wytrwałością, zaangażowaniem w sprawy zdrowia i wychowania dziecka. Jemu więc w znacznej mierze my – niegdyś, przed drugą wojną światową „Dzieci WSM”, a następnie nasze dzieci – zawdzięczamy szczęśliwe, barwne dzieciństwo, a także zapewne – przygotowanie do dorosłego życia, potrzebę pracy społecznej, wrażliwość na piękno krajobrazu, zainteresowanie przyrodą, zamiłowanie do sportów i wędrówek. Przecież Pan Doktór nieraz chodził z nami na wycieczki, a sam do późnej starości odbywał piesze spacery (spotykałam go w Puszczy Kampinowskiej).

      Rozmawiałam z wieloma wychowankami – pacjentami Doktora Landego. Wszyscy tak to oceniają.

 

Maria Nowicka