PROWADZIMY PRZEDSZKOLA, SZKOŁY I PLACÓWKI: CENTRUM REHABILITACJI EDUKACJI I OPIEKI, OŚRODKI ADOPCYJNE, PLACÓWKI PRAW DZIECKA I WSPARCIA RODZINY, DOMY WCZASÓW DZIECIĘCYCH, SZKOLNE SCHRONISKA MŁODZIEŻOWE, WARSZTATY TERAPII ZAJĘCIOWEJ, ŚRODOWISKOWE DOMY SAMOPOMOCY, OŚRODKI OPIEKUŃCZO WYCHOWAWCZE, ŚRODOWISKOWE OGNISKA WYCHOWAWCZE, ŚWIETLICE

CHRONIMY PRAWA DZIECI, POMAGAMY DZIECIOM OSIEROCONYM, UBOGIM ZAGROŻONYM MARGINALIZACJĄ I PATOLOGIĄ SPOŁECZNĄ, PRZEWLEKLE CHORYM I NIEPEŁNOSPRAWNYM

ORGANIZUJEMY WYPOCZYNEK LETNI I ZIMOWY, TURNUSY REHABILITACYJNE, PROFILAKTYCZNE

PROWADZIMY PRZEDSZKOLA, SZKOŁY I PLACÓWKI: CENTRUM REHABILITACJI EDUKACJI I OPIEKI, OŚRODKI ADOPCYJNE, PLACÓWKI PRAW DZIECKA I WSPARCIA RODZINY, DOMY WCZASÓW DZIECIĘCYCH, SZKOLNE SCHRONISKA MŁODZIEŻOWE, WARSZTATY TERAPII ZAJĘCIOWEJ, ŚRODOWISKOWE DOMY SAMOPOMOCY, OŚRODKI OPIEKUŃCZO WYCHOWAWCZE, ŚRODOWISKOWE OGNISKA WYCHOWAWCZE, ŚWIETLICE

PROWADZIMY RZECZNICTWO PRAW DZIECKA, SEJMIKI DZIECIĘCE I MŁODZIEŻOWE, PROGRAMY STREETWORKERSKIE, STAŁE PROGRAMY PROFILAKTYCZNE, ZAPOBIEGANIA PRZEMOCY

ORGANIZUJEMY SZKOLENIA, KONFERENCJE, SEMINARIA, HAPPENINGI, TURNIEJE RODZINNE, KONKURSY ARTYSTYCZNE, EKOLOGICZNE SPORTOWE.

 

 

 

Nr konta: Bank Pekao S.A. O/Warszawa 15 1240 6175 1111 0000 4569 8851

WAŻNE       CIEKAWE       AKTUALNE

 

 

 Zofia Dembińska

(1905-1989)

 

   Na pięć dni przed śmiercią, bardzo już osłabiona, przypominała nam o konieczności rozwiązania problemu przygotowywania rodziców do prawidłowego wychowywania dzieci, od najwcześniejszego okresu ich życia poczynając. To było zagadnienie, które Ją chyba pasjonowało najbardziej. Trzeba – jak podkreślała – zapobiegać złu, stwarzać dziecku warunki dla prawidłowego startu w dorosłe życie.

    Podstawową drogę wiodącą do tego celu upatrywała w maksymalnym wykorzystaniu, głównie przez rodziców, pierwszych dni, tygodni, miesięcy i lat życia dziecka dla jego prawidłowego wychowywania, rozwoju emocjonalnego, umysłowego i kształtowania pozytywnych cech charakteru. Swój postulat opierała na wynikach badań psychologicznych przeprowadzonych w USA.

   Ubolewała, że brakuje uznania dla wagi wczesnego okresu życia dziecka  w kształtowaniu zrębów osobowości człowieka, że przyszli rodzice nie są do realizacji tego zadania przygotowani. A państwo, placówki naukowe, stowarzyszenia specjalistyczne tak niewiele robią, by przyjść rodzicom z pomocą w rozwiązywaniu tak trudnego i ważnego problemu. Bardzo mocno podkreślała, że ten najważniejszy okres życia dziecka jest dla spraw wychowania nagminnie marnowany, że nie docenia się faktu, iż opóźnienia w rozwoju, niepowodzenia w nauce,  różne patologie wśród dzieci i młodzieży, a także ludzi dorosłych,  mają swoje źródło w błędach wychowawczych popełnionych we wczesnym dzieciństwie. Uważała, że nie docenia się możliwości zmniejszenia ogromnych kosztów społecznych i ekonomicznych, będących wynikiem zaniedbań wychowawczych, przez zaangażowanie się władz państwowych, samorządowych i mediów w przygotowywanie rodziców do ich funkcji opiekuńczych i wychowawczych.

     Pani Zofia – tak Ją nazywaliśmy na co dzień – była humanistką w pełnym tego słowa znaczeniu. Człowiek, a przede wszystkim dziecko, jego potrzeby, możliwości rozwoju i warunki życia, poszanowanie jego godności i osobistej wolności, były przedmiotem Jej szczególnego, stałego zainteresowania i zaangażowania. Świadectwo temu daje cała Jej droga życiowa, wyznawane poglądy i zgodne z nimi postępowanie.

    Urodziła  się w 1905 r. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczęszczała do gimnazjum Sióstr Nazaretanek. Na studiach polonistycznych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, które ukończyła w 1933 r., związała się z grupą lewicową, działającą pod przewodnictwem Henryka Dembińskiego. W 1936 r. zostaje jego żoną. Po procesie grupy wileńskiej i skazaniu jej męża opuszcza Wilno. Przenosi się do Warszawy, gdzie pracuje jako nauczycielka języka polskiego w Gimnazjum Ogólnokształcącym Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na Żoliborzu.

     Latem 1944 r., wspólnie z Jerzym Borejszą,  organizuje Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik”. Zostaje jej wiceprezesem i zarazem dyrektorem. Aby dzieła klasyków „trafiały pod strzechy”, inicjuje i organizuje ich wydawanie w dużych nakładach, na gazetowym papierze, po bardzo niskiej cenie. Wydaje „Przyjaciółkę” – czasopismo dla kobiet o ogromnym zasięgu (pismo „pierwszego czytania”).

    Przez dwie kadencje była posłem do Krajowej Rady Narodowej oraz do Sejmu. W latach 1951 – 1956 pełniła funkcję wiceministra oświaty ds. opieki nad dzieckiem. Brała aktywny udział w pracach Komisji Praw Kobiety ONZ (1957 – 1962) przy opracowywaniu „Deklaracji Praw  Dziecka”.

     Jako emerytka na trwałe związała się z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci. Tu przez 30 lat wykorzystywała swoją społeczną i pedagogiczną wiedzę oraz pasję dla dobra dzieci. Była prezesem Zarządu Stołecznego TPD ( do końca życia pozostała jego prezesem honorowym) oraz członkiem Prezydium Zarządu Głównego TPD. Przez lata pracy zawodowej i społecznej na bieżąco zapoznawała się z doświadczeniami oraz literaturą krajową i zagraniczną dotyczącą dziecka i rodziny. Posiadała rozległą wiedzę z tej dziedziny. Była ona podstawą wielu wyjątkowo cennych inicjatyw, z którymi występowała, o realizację których konsekwentnie walczyła. Nie sposób wszystkich wymienić. Odnotujmy te najważniejsze.

    Dobro dziecka upatrywała przede wszystkim w dobrej rodzinie. Wierzyła, że dobra rodzina stwarza dziecku poczucie bezpieczeństwa, maksymalne warunki rozwoju, chroni je przed zagrożeniami i uodparnia na złe wpływy. Dlatego Jej główne inicjatywy i społeczne działania pedagogiczne dotyczyły rodziny, jej doskonalenia. Zadania, które stoją przed rodzicami, jak często podkreślała, są zbyt ważne, odpowiedzialne i trudne, by przysposabianie się do tej roli odbywało się tylko na drodze naśladownictwa własnych rodziców, jak to się powszechnie dzieje. A przecież często jest ono nawet niewskazane. Uważała, że dziecko już w szkole powinno być w sposób świadomy i systematyczny do przyszłych zadań rodzicielskich przygotowywane. W dyskusjach na ten temat niejednokrotnie podkreślała, że do innych zawodów człowieka przygotowuje się przez lata, mimo, że są często mniej skomplikowane, odpowiedzialne, trudne i powszechne niż funkcja rodzica. Bo jako rodzic będzie musiał rozwiązywać różnorodne, często bardzo skomplikowane problemy związane ze zdrowiem dzieci, ich wychowaniem, opieką, organizacją życia rodzinnego, kształtowaniem więzi  emocjonalnej członków rodziny itp.

   Z inicjatywy pani Zofii Towarzystwo przez lata zabiegało o wprowadzenie do szkoły przedmiotu „ przygotowanie do życia w rodzinie”. Do tej inicjatywy przystąpiło też wiele innych instytucji. W końcu przedmiot został wprowadzony do szkoły. A chociaż jego program nie jest tak wszechstronny, jak to sobie pani Zofia wyobrażała, a jego realizacja napotyka na liczne trudności i niedostatki, wynikające m. in. z braku kadry i odpowiedniej literatury, to jednak dobry początek już został zrobiony.

    Na szczególną uwagę zasługuje inicjatywa w zakresie indywidualnej opieki nad dziećmi z rodzin niewydolnych pod względem opiekuńczym i wychowawczym oraz z rodzin patologicznych, w których dzieci są zaniedbywane, krzywdzone, mające niepowodzenia w nauce, często są opóźnione w rozwoju, sprawiają trudności wychowawcze oraz są zagrożone niedostosowaniem społecznym.

    W 1967 r. Zarząd Stołeczny TPD, na wniosek pani Zofii (wówczas prezesa tego Zarządu) powołał instytucję opiekuna indywidualnego TPD do spraw dzieci i młodzieży. Była to odpowiedź na ówczesną ogólnokrajową akcję przeciwdziałania wykolejaniu się dzieci i młodzieży („urodzonych w niedzielę”). Z czasem, w oparciu o doświadczenia warszawskie, działalność w zakresie „opieki indywidualnej” Towarzystwo rozwinęło w całym kraju. Np. w 1984 r. funkcjonowało już 17600 opiekunów, którzy mieli pod opieką ok. 155 tys. dzieci. W uznaniu dla ich pracy oraz w celu zapewnienia im możliwości skuteczniejszego załatwiania spraw dzieci, najpierw władze oświatowe, a następne resort zdrowia i opieki społecznej,  formalnie usankcjonowały ich działalność. Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej stworzyło nawet możliwość nadawania opiekunom indywidualnym TPD statusu specjalistycznego opiekuna społecznego dla spraw dzieci i młodzieży.

    Opiekunowie indywidualni TPD, zgodnie z koncepcją pani Zofii, powinni być ludźmi uspołecznionymi, o dużej wrażliwości na potrzeby innych, którzy już sprawdzili się w pracy na rzecz dzieci. Powinni ponadto być specjalnie przygotowywani do tej wyjątkowo trudnej i odpowiedzialnej działalności. Najlepiej też, gdyby mieszkali blisko rodziny dziecka będącego pod ich opieką. Do podstawowych zadań opiekuna indywidualnego TPD Zofia Dembińska zaliczała: dobre poznanie rodziny dziecka i zaprzyjaźnienie się z nią; pomaganie rodzinie (a nie jej wyręczanie) w rozwiązywaniu jej problemów materialnych, opiekuńczych, zdrowotnych, wychowawczych, tak aby z czasem samodzielnie radziła sobie w życiu;  zapewnienie dziecku zagrożonemu  warunków do jego prawidłowego rozwoju;  przeciwdziałanie niepowodzeniom i wykolejaniu się dziecka,  możliwie jak najwcześniej. W ramach tej działalności dziesiątki tysięcy dzieci zostało uratowanych. Była to działalność profilaktyczna, która w sposób zdecydowanie efektywny uzupełniała państwowy system opieki i wychowania.

    Pani Zofia nie tylko zainicjowała tę formę opieki i wychowania, ale także brała aktywny udział we wdrażaniu jej w życie. Była główną autorką wszystkich podstawowych dokumentów dla tego kierunku działalności Towarzystwa. Jako wieloletnia przewodnicząca Komisji Pomocy Dziecku i Rodzinie Zarządu Głównego TPD kierowała, pracując na szczeblu centralnym, rozwojem tej działalności na terenie całego kraju. Ściśle współdziała w tej sprawie z Ireną Chmieleńską, autorką pierwszego i drugiego wydania książki ZG TPD pt. „Gdy rodzina potrzebuje pomocy”, będącej podsumowaniem działalności Towarzystwa w zakresie indywidualnej pomocy dziecku i rodzinie w mieście i na wsi.

    Towarzystwo tradycyjnie realizowało różne formy podnoszenia poziomu kultury pedagogicznej rodziców i społeczeństwa. Były to np. odczyty, wygłaszane przez radiowęzły zakładów pracy pogadanki, „dni pedagogiczne”, „ sejmiki rodziców” i inne. Każda z tych form miała swoją specyfikę. Charakterystyczne dla nich było to, że brały w nich udział dziesiątki, a nawet setki osób. Takie formy działania   nie stwarzały  jednak możliwości  aktywnego w nich uczestnictwa wszystkich słuchaczy.  Zadawali pytania, dzielili się swoimi uwagami tylko ci najodważniejsi, najczęściej rodzice doświadczeni w działalności społecznej. Większość w sposób bierny przyswajała sobie wiedzę, często nie znajdując odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Dostrzeżenie tego faktu, jak również doświadczenia ogniw terenowych TPD, organizujących małe (mniej liczne) spotkania pedagogiczne z rodzicami, dały pani Zofii podstawę do zaproponowania Towarzystwu nowej formy pracy z rodzicami, którymi były  „spotkania w małej grupie”. Opracowała ich koncepcję i czuwała nad ich realizacją.

    W   spotkaniach uczestniczyło zwykle 7 – 15 rodziców, zainteresowanych np. tym samym problemem wychowawczym. Odbywały się one blisko miejsca zamieszkania rodziców: w świetlicy środowiskowej koła TPD, w placówce oświatowej lub zdrowotnej. Rodzice w swobodnej i szczerej rozmowie, podczas dyskusji, dzielili się swoimi kłopotami, trudnościami, wymieniali doświadczenia i poglądy. Przyjęta była zasada, że w każdym spotkaniu uczestniczy specjalista z dziedziny, która jest tematem spotkania. Po krótkim  wprowadzeniu do tematu pełnił rolę kierownika dyskusji, odpowiadał na pytania, udzielał porad.            

   Ważną rolę w spotkaniach pełnił organizator, do którego zadań należało: ustalenie z rodzicami tematu spotkania (a więc i składu grupy), terminu, miejsca, pozyskanie odpowiedniego specjalisty, załatwienie wszystkich innych spraw, od których zależało  powodzenie tej  inicjatywy. Na „spotkaniach w małej grupie”  starano się wytworzyć miłą, kameralną atmosferę. Często odbywały się one przy herbatce, kawie, ciasteczkach przygotowywanych przez uczestniczące w nich matki. Praktyka wykazała zalety tej formy pracy. Zainteresowanie tematem, niewielka liczba osób (często znajomych), skutecznie eliminowała nieśmiałość i wyzwalała aktywną  postawę biorących udział w spotkaniu. Każdy uczestnik „małej grupy” miał szansę przedstawić swoje problemy, uzyskać propozycję ich rozwiązania, także od innych rodziców, którzy np. już pomyślnie przez nie przebrnęli. Między rodzicami nawiązywały się i utrwalały więzi sąsiedzkie, ułatwiające m.in. rozwiązywanie wspólnych problemów wychowawczych i zdrowotnych dzieci w środowisku zamieszkania („mała grupa” przekształcała się czasami w koło TPD, w grupę samopomocową rodzin). Nowe problemy, które wypływały w czasie rozmów i dyskusji, inicjowały tematykę kolejnych spotkań. Uruchamiały coś w rodzaju  mechanizmu ustawicznego samokształcenia. Pani Zofia doskonale zdawała sobie sprawę, że forma ta, wyjątkowo pożyteczna, ale i trudna zarazem, wymaga fachowej i solidnej pracy. Dlatego tak wielki nacisk kładła na przygotowywanie (szkolenie) jej organizatorów i specjalistów.

    Jako wiceminister oświaty pani Zofia powołała nową formę opieki nad dzieckiem osieroconym: rodzinny dom dziecka. Wykorzystała oddolną inicjatywę w tym względzie. Dostrzegła w tej formie opieki wartości opiekuńcze i wychowawcze niemożliwe do osiągnięcia w domach dziecka. Zadbała o stworzenie podstaw prawnych dla jej istnienia. Intensywniejszy rozwój rodzinnych domów dziecka, na nowych podstawach (nie był on już filią domu dziecka, jak te pierwsze oświatowe, ale rodziną wielodzietną), nastąpił dopiero w TPD. Wielka jest w tym zasługa pani Zofii. Była inicjatorką i współorganizatorką tej formy opieki i wychowania w ramach Towarzystwa. Wykorzystywała swoje doświadczenie, zdobyte w tej dziedzinie podczas pracy w Ministerstwie Oświaty.

    Podjęła się, dla zdobycia osobistego doświadczenia,  bezpośredniego kierowania organizacją pierwszego rodzinnego domu dziecka TPD.  Powstał on w 1968 r. w Serocku. Wykorzystując swoją pozycję honorowego obywatela miasta Serocka, zdobyła na ten cel pięknie położoną willę wraz z przyległą ziemią.

   Uważała, że powodzenie rodzinnego domu dziecka zależy przede wszystkim od właściwego doboru rodziców. Jest to bowiem powierzenie w ich ręce losu dzieci, aż do ich usamodzielnienia się.  Zakładała przy tym, że „rodzic” nie jest  tylko wychowawcą, który może być zastąpiony w każdej chwili przez kogoś innego. Jej zdaniem, miał to być ojciec i matka w pełnym tego słowa znaczeniu. Wiele pracy włożyła w to, by ten problem rozwiązać prawidłowo.  Pozyskała dla tej sprawy swoich przyjaciół - specjalistów warszawskiego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego TPD. Była to praca długa i żmudna. Starała się dogłębnie poznać kandydatów na rodziców i każde dziecko mające być w tym domu. W końcu zdecydowała się na rodziców: pracowników państwowego domu dziecka (bo mają odpowiednie przygotowanie i doświadczenie pedagogiczne, w założeniu powinni kochać dzieci) oraz na dzieci: w różnym wieku, bezpośrednio z rodzin i zakładów wychowawczych, z kontaktami z rodziną naturalną i bez, z opóźnieniami w rozwoju, mającymi niepowodzenia w nauce, z trudnościami wychowawczymi i zaburzeniami psychosomatycznymi. W czasie funkcjonowania rodzinnego domu dziecka w Serocku była jego częstym gościem. Pomagała przybranym rodzicom i dzieciom w rozwiązywaniu ich bieżących problemów. Doskonale je znała. Dzieci zwracały się do Niej: ciociu.

    Eksperyment nie w pełni się powiódł. Były osiągnięcia i niepowodzenia. Jednak dzięki niemu TPD zdobyło doświadczenia niezmiernie użyteczne dla dalszego rozwoju rodzinnych domów dziecka na szerszą skalę. Towarzystwo m. In. udoskonaliło metodę pozyskiwania i badania kandydatów na rodziców. Przekonało się, że wykształcenie i doświadczenie pedagogiczne, wyniesione z domu dziecka,  nie muszą być argumentem przesądzającym przy kwalifikowaniu rodziców do rodzinnego domu dziecka. Bo np. nawyki opiekunów w Serocku, wyniesione z domu dziecka, wręcz utrudniały tworzenie atmosfery rodzinnej. Poza tym uznało też, że należy jak najszybciej opracować program edukacji kandydatów na rodziców i podjąć ich szkolenie. Przekonało się również, że do rodzinnych domów dziecka kwalifikują się rodzeństwa, dzieci jak najmłodsze, zaś starsze po gruntownym badaniu psychologicznym, a nawet psychiatrycznym, że nie należy mieszać dzieci z kontaktem i bez kontaktu z rodziną naturalną. Wszystkie te problemy, wynikające z doświadczeń serockich, ale także i innych rodzinnych domów dziecka, pani Zofia analizowała na bieżąco. Zdobyte doświadczenia i przemyślenia wnosiła m. In. do projektów pism, dokumentów Towarzystwa i MEN, które regulowały rozwój i funkcjonowanie rodzinnych domów dziecka.

    W okresie swego największego rozwoju, rodzinne domy dziecka TPD obejmowały opieką około 1500 dzieci. Zapewniały im warunki życia i rozwoju właściwe dla dobrej, wielodzietnej rodziny naturalnej. Trudno przecenić zasługi pani Zofii w tym względzie. Wszystko wskazuje na to, że ta forma opieki i wychowania nadal będzie się rozwijała.  Bowiem rodzina adopcyjna i zastępcza dla czworga i większej liczby rodzeństwa jest praktycznie nierealna.

   Pani Zofia była wielką orędowniczką szkoły „środowiskowej”. Przy wspieraniu i propagowaniu tej idei opierała się na doświadczeniach wyniesionych z okresu międzywojennego, które zdobyła podczas pracy w gimnazjum Towarzystwa w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu. Zwracała uwagę na to, że szkoła żoliborska po zajęciach dydaktycznych stawała się ośrodkiem życia społecznego, kulturalnego, sportowego dla dzieci, młodzieży i dorosłych, że była przystosowana do spełniania tych zadań.

   Ubolewała, że szkoły aktualnie budowane z rozmachem, nakładem  wielkich sił i środków, w swojej architekturze wnętrz i wyposażeniu nie są przygotowane do spełniania wielofunkcyjnych zadań, także na rzecz środowiska. Uważała, że budowanie specjalnych placówek oświatowych i kulturalnych, tam gdzie jest szkoła, jest marnotrawstwem społecznych środków.

   Nie mogła się też pogodzić z tym, że żłobki a zwłaszcza przedszkola nie są dostępne dla dzieci niedożywionych, opóźnionych w rozwoju, krzywdzonych, z rodzin niewydolnych, patologicznych. Jednym z warunków przyjęcia dziecka do tych placówek była praca obojga rodziców, a rodziny te najczęściej tego warunku nie spełniały.

    Niejednokrotnie podkreślała, że polskie placówki przedszkolne są znane w kraju i na świecie z wysokiego poziomu pracy. Bowiem zapewniają dzieciom nie tylko opiekę, ale także dobre warunki dla ich wszechstronnego rozwoju umysłowego i fizycznego. Służy temu nie tylko ich fachowy program, dobra kadra, racjonalne odżywianie, ale także najczęściej odpowiedni lokal, bogate wyposażenie w pomoce metodyczne i ogródek jordanowski. Przedszkola stały się najlepszym ośrodkiem przygotowania dziecka do szkoły. Dlatego pani Zofia postulowała, aby dzieci zagrożone w rozwoju, narażone na złe wpływy, mogły również, a może nawet przede wszystkim, korzystać z tych placówek. Upatrywała w tym szansę uratowania ich od przyszłego niepowodzenia w nauce, wykolejenia się, utraty zdrowia. Jej zdaniem, nawet żłobki, które traktowała jako zło konieczne, mogłyby w stosunku do tej grupy dzieci odegrać pozytywną rolę. Ubolewała również nad tym, że przedszkola w godzinach popołudniowych są zamknięte i niedostępne dla tych dzieci, które się do nich nie dostały. A takich dzieci, jak wiadomo, było niemało. Traciły one szanse wychowawcze i rozwojowe, które stwarza przedszkole. Dlatego domagała się, aby otwierały one swoje podwoje także i po zakończeniu zajęć, po to, żeby dawać dzieciom, nie uczęszczających do nich, przynajmniej minimum wychowania przedszkolnego.

Te przemyślenia pani Zofii legły u podstaw programu wychowania dzieci w wieku przedszkolnym, realizowanym przez koło TPD działające przy przedszkolu. Zakładał on m. in., że rodzice, których dziecko nie dostało się do przedszkola, mogą należeć do tego koła. A w związku z tym będą zapraszani na tzw. „pedagogizację rodziców”, organizowaną przez przedszkole, zaś ich dzieci będą mogły brać udział w imprezach organizowanych dla dzieci uczęszczających do przedszkola. Dzięki społecznym dyżurom rodziców, ogródek jordanowski przedszkola, po zajęciach, będzie mógł być dostępny dla wszystkich dzieci z jego rejonu. Wprowadzenie tzw.  „zerówki” było zbieżne z podstawowym postulatem pani Zofii, aby wszystkim dzieciom, także tym nieuczęszczającym do przedszkola, zapewnić możliwie równy start do nauki w szkole.

Pani Zofia aktywnie włączyła się też w działalność TPD na rzecz organizacji środowiska wychowawczego w miejscu zamieszkania. Dostrzegała, doceniała i propagowała zalety tej działalności. Zwracała uwagę, że w środowisku lokalnym najszybciej i najpełniej ujawniają się niezaspokojone potrzeby dziecka, jego zaniedbania, zagrożenia i krzywdy, że właśnie tu  urzeczywistnia się naturalna skłonność do tworzenia, bardzo silnie oddziałujących ( pozytywnie lub negatywnie) grup rówieśniczych. A umiejętne wykorzystanie przez dorosłych tej prawidłowości dla celów wychowawczych, może uczynić z grupy rówieśniczej  naturalną szkołę wychowania społecznego.

 Była gorącą zwolenniczką i propagatorką tworzenia i rozwoju   środowiskowych kół TPD, które, grupując rodziców i społeczność sąsiedzką, tworzyły klimat życzliwości wobec dzieci, organizowały place zabaw i świetlice (przy aktywnym udziale dzieci i młodzieży), rozwijały działalność samorządów podwórkowych, prowadziły w czasie ferii szkolnych, w oparciu o środowiskowe placówki, małe formy wczasów (w okresie zimy i lata), organizowały opiekę indywidualną oraz pedagogizację rodziców. W wyniku tej działalności, jak dowiodła tego praktyka, środowisko sąsiedzkie z obojętnego stopniowo przekształca się w środowisko wychowawcze.

Wszyscy, którzy zetknęli się, poznali i zaprzyjaźnili z panią Zofią, byli pod jej wielkim urokiem osobistym. Była niekwestionowanym autorytetem moralnym. W pełni odpowiadała kryteriom człowieka spolegliwego i dobrej roboty opisanym przez wybitnego filozofa  Tadeusza Kotarbińskiego. Ceniliśmy Ją przede wszystkim za wnikliwe spojrzenie na życie, rozwagę, ofiarność, pracowitość, młodzieńczy zapał,  gorące serce, życzliwe słowo i uśmiech.           Nie wszystko, o co walczyła, zostało zrealizowane do końca. Swoimi myślami zawsze wybiegała daleko w przyszłość. Nie pozostawiła po sobie pisemnego, pedagogicznego testamentu ani publikacji podpisanych własnym nazwiskiem. Jednak za szczególny testament można uznać na pewno Jej poglądy i działalność. Można mieć nadzieję, że realizować go będą wszyscy, którzy Ją znali i cenili, którzy Jej poglądy uznali za własne, a także ci, którzy będą, często bezwiednie, wykorzystywali w swojej pracy materiały, dokumenty krajowe i zagraniczne, do których wniosła za życia swoje wnioski i przemyślenia.

Na zakończenie warto przytoczyć słowa Ireny Chmieleńskiej, które lapidarnie, lecz bardzo trafnie charakteryzują panią Zofię: „Była Zofia czystej krwi społecznikiem. Była niezwykle skromna. Nie zepsuły Jej wysokie stanowiska. Każde służyło temu i tylko temu, by móc robić coś dobrego. Nie wynosiła się ponad innych, umiała słuchać, doceniać słuszne rady. W stosunku do ludzi cierpliwa, wyrozumiała – nie walczyła z nikim – walczyła zawsze o coś. Po cichutku, łagodnie i wytrwale” (I. Chmieleńska – „Wspomnienie o Zofii Dembińskiej”, Biuletyn ZS TPD).

Bohdan Tracewski